Dwudziestolatka – czy jestem już dorosła?

Od ponad trzech tygodni wiem, że przed najbliższe dziesięć lat będzie mi towarzyszyć „dwójka” z przodu. Czy to oznacza starość, a może jednak dojrzałość? Otóż moim zdaniem, to nie znaczy nic innego, jak dorośnięcie do etapu wartościowania. Co prawda, obudzona już jako dwudziestolatka przy porannej toalecie zaczęłam od podkradnięcia mamie kremu przeciwzmarszczkowego – oczywiście tak zapobiegawczo, bo jednak już nigdy więcej nie będę miała „nastu” lat, to nie planuję w najbliższym czasie się znacznie starzeć.

Zadzwoniłam do mojej chrzestnej, najlepszej na świecie i jednej z mądrzejszych życiowo kobiet, jakie znam, i ta oznajmiła mi, że dopiero przy trzydziestce poczuję się jak dwudziestolatka i zacznę odejmować sobie o dziesięć lat – mentalnie!

Jednak dwadzieścia to już jest jakiś przełom. Kiedyś, w gimnazjum, wydawało mi się, że jak będę mieć osiemnaście lat, do będę dorosła. Oczywiście wszystko to było nieprawdą. Byłam w liceum, a osiemnastka była tylko powodem do zaproszenia większej ilości gości, niż przy standardowych urodzinach. Wtedy jednak to był sygnał, że zbliża się dorosłość, że nareszcie będę mogła zdać egzamin na prawo jazdy i wyruszyć na ulice. Jazda autem daje poczucie wolności, jednak to praca, którą zaczęłam rok temu, sprawiła, że poczułam się doroślejsza. Czemu nie czuję się w pełni dorosła? Bo póki co dorabiam, a nie zarabiam. Wciąż utrzymują mnie rodzice, jednak moje zarobki pozawalają na kupno „wacików”, nawet tych lepszych ;) Mimo wszystko mieszkam z nimi. Na wakacje jeździmy już osobno, co chyba też czyni mnie doroślejszą, prawda?

Studia to dopiero jest przygoda życia, przygoda, która trwa. To tu poznaje się genialne osoby, mających te same pasje. A co w tym wszystkim jest najfajniejsze? Nic nas nie ogranicza. W porządku, sesja. Ale sesja na uniwerku medycznym jest ciągła, więc można szaleć, a szaleństwo to dla mnie nie tylko wyjścia do klubów latino (chociaż polecam, w szczególności osobom, które polubiły Havanę z „Dirty dancing 2″), a także spontaniczne podróże. Jednak, zanim zajmę się podróżami, polecę Wam piosenkę, przy której bioderka same rwą się do tańca. Po raz pierwszy usłyszałam ją na filmie, potem długo miałam fazę na muzykę latino. Po dziesięciu latach, od kiedy widziałam film i słyszałam ją po raz pierwszy, gdy w poznańskim klubie poznałam wstęp do „Represent Cuba”, powiedziałam do Ani: „Musimy iść zatańczyć! To moja piosenka!”.

Najgenialniej na świecie jest dla mnie w Berlinie, o każdej porze dnia i nocy. Wypicie grzanego wina w otoczeniu wszystkich straganików na Alexanderplatz w ubiegłym roku sprawiło, że już wiem, gdzie wybiorę się na kolejny jarmark bożonarodzeniowy.

Świetne osoby, to znaczy, przyjaciół i znajomości, o które jestem pewna, że będą trwać, poznałam już w liceum. W te wakacje byłam na studenckim wyjeździe w Grecji, spontanicznym, w miejscowości nieodkrytej przez inne narodowości niż Polacy i Grecy. To tam czułam młodość i wolność. Podróże autostopem z przypadkowymi kierowcami nie w każdym przypadku były rozsądne. Szczególnie, kiedy nasz kierowca, starszy od nas o trzy lata, wyprzedzał trzy auta, na „czwartego”, pod górkę, a z naprzeciwka nagle wyskoczyło auto…  Oczywiście ja, siedząca z tyłu, wydawałam z siebie okrzyki w stylu: „Ej, ej!”, bo nasz grecki kierowca nie znał angielskiego, jednak na niewiele się one zdały. Podczas jazdy w ogóle nie używał hamulca, za to dociskał pedał gazu maksymalnie, jak mógł. Po legendarnym już wyprzedzeniu trzech aut, zdradził nam, że miał w życiu dziesięć wypadków samochodowych. Dzięki tej przygodzie jestem już mądrzejsza, że przy korzystaniu z autostopu trzeba stosować wnikliwą selekcję.

Jestem na etapie cieszenia się życiem. Niewątpliwie od jakiegoś miesiąca żyję chwilą, a życie wydaje się o wiele intensywniejsze i lepsze. Cieszę się nawet ze wszystkich niepowodzeń, z kłótni i innych rozterek. Dzięki nim jestem tylko mądrzejsza i to jak! Mam wiele planów, ale jak mawiał Gerry w „P.S. Kocham Cię”: „Plany i tak nigdy nie wypalają”, więc żyję dniem, żyję nocą… Właśnie, żyję zdrowa i to jest najważniejsze!

Można powiedzieć, że w te wakacje, podczas jazdy autostopem, byłam o krok od śmierci. Jak zobaczyłam auto jadące z naprzeciwka myślałam tylko, co pomyślą moi rodzice, jak się dowiedzą, że zginęłam, bo zapragnęłam dostać się na pociąg do Salonik, a jedyną możliwością było wzięcie stopa, ponieważ do stacji nie kursował żaden autobus. Jednak podróże kształcą (pamiętajcie, zawsze selekcjonujcie kierowców, jeśli bierzecie stopa i unikajcie młodych kierowców, nawet jeśli są Waszą ostatnią szansą), a nowe smaki i kultury poszerzają horyzonty i… podsycają apetyt. Za rok? Chorwacja lub Francja, jeszcze muszę zahaczyć o Londyn i będę spełniona. Oczywiście na jakiś czas, bo przecież lata lecą, a do pięćdziesiątki chcę zwiedzić cały świat! A więc zostało mi trzydzieści lat!

Czy życie nie jest piękne? Jest, bo jestem (jeszcze!) młoda, a świat stoi stoi otworem przede mną, i Tobą, dlatego uśmiechnij się, dziś może być dzień, który odmieni Twoje życie. A jeśli nie jest to dziś, to zawsze może być jutro! :)

Czy w akademiku da się uczyć?

Gdyby ktoś w liceum spytał mnie o tym, czy wyobrażam sobie siebie w akademiku, odpowiedziałabym stanowczo: NIE!. Akademik? Imprezy, wóda i hałas – tak pomyślałabym z pewnością kiedyś. Dzisiaj w nim mieszkam i choć powyższych trzech zaprzeczyć nie mogę, znalazłam wiele pozytywnych odsłon życia w akademiku.

Gdy zdecydowałyśmy się z koleżanką z liceum na Poznań, pierwszym krokiem było szukanie mieszkania. Idąc po kosztach, szukałyśmy pokoju dwuosobowego. Znalazłyśmy całkiem miły pokój (urzekły nas białe meble, bo każda z nas od dziecka marzyła o białych meblach), jednak pozory mylą, a Poznaniacy kłamią (szczególnie wredne baby, które wynajmują mieszkanie, podpisują umowę i zatajają fakt, że w mieszkaniu i wynajmowanym pokoju była wcześniej pleśń). Jak wiadomo pleśń lubi wracać. „Nasza” pleśń również powróciła i gdy tylko koleżanka odkryła ją za swoim łóżkiem, spakowałyśmy manatki i trzy noce później zasypiałyśmy już w akademiku.

Jak było wcześniej? Płaciłam 550 złotych za dwuosobowy pokój w mieszkaniu czteropokojowym, z czego trzy inne pokoju zajmowali chłopaki. Było miło, chociaż w naszej łazience po każdym zrobieniu przez nich prania (ja zdecydowałam się prać w domu, zaraz dowiecie się dlaczego) – łazienka pływała. Pralka nie działała jak należy i naprawdę po każdej wizycie w łazience miałam wrażenie, że jestem ofiarą powodzi. Poza tym w pokoju było zimno, dlatego musiałyśmy dogrzewać się farelką. Jak teraz pomyślę o tym mieszkaniu, to robię „brrrr” w myślach i tak bardzo cieszę się, że mieszkam w akademiku.

Mój akademik jest najtańszym spośród tych medycznych. Płacę jedynie 345 złotych, a widok z 11 piętra na Poznań nocą sprawia, że myślę sobie, że jednak mam w życiu szczęście (podobno głupi ma je w życiu, więc nie wiem, czy powinnam się tak cieszyć!). Mnie i koleżance udało się zająć ostatnią wolną „dwójkę” na cały akademik, więc to naprawdę cud, zwłaszcza, że przeprowadzałyśmy się w listopadzie, już po całej procedurze rekrutacyjnej trwającej przed rozpoczęciem roku akademickiego. Mój akademik oprócz niskiej ceny, ma drugą cechę, w której przoduje – imprezy. Mieszkam na najgłośniejszym piętrze i podczas pierwszego dnia tutaj uczyłam się do kolokwium w zatyczkach do uszu. Potem przywykłam. Większe i głośniejsze imprezy są w weekendy, a wtedy wracam do domu. Jednak gdy całe życie mieszkało się w dwupiętrowym domu tylko z rodzicami i miało się do dyspozycji kilka pokojów, a tu tylko jeden i to dosyć mały, chce się tej przestrzeni i ogrodu chociaż w weekend. A że z Poznania do Zielonej Góry, a dalej Żar nie jak aż tak daleko, staram się wracać, jak mogę najczęściej.

Imprezy zdarzają się też w ciągu tygodnia. Sama organizowałam w kuchni wigilię grupową, ale sprzątnęłam po niej tak, że była czystsza niż przed wigilią. Właśnie, kuchnia to problem. Szczególnie, jeśli w poniedziałek rano mam ochotę na jajecznicę i muszę przedzierać się przez stos butelek i innego syfu w kuchni. Studenci w kuchni syfią. Nie wszyscy, ja nie. Ale moje piętro zamieszkuje „starsza brać studencka”, dużo osobników płci męskiej, którzy nie zwracają uwagi na to, czy trafią do kosza czy też nie.

Jednak to kuchni da się przywyknąć, przecież spędzam w niej kilkanaście minut dziennie, a czasami w ogóle do niech chodzę, jeśli jem coś na mieście.

W akademiku da się uczyć, tak jak wszędzie, jeśli ktoś tego chce. Warunki do nauki są o wiele lepsze, jest mi tu ciepło i mogę nagrzać pokój tak, jak mi się tylko podoba. Uczyć uczy mi się tu o wiele lepiej. Tu nie marznę, a to podstawa. Mieszkamy w segmentach. Ja i moja koleżanka jesteśmy w segmencie z dwiema innymi dziewczynami. Na cztery osoby mamy toaletę i łazienkę. Już nie jestem ofiarą powodzi po praniu chłopaków. Jednak mieszkanie  z dziewczynami, to mieszkanie z dziewczynami ;) Wybaczcie, chłopcy :)

W Poznaniu wyszło dziś piękne słonko, a lody, jakie jadłam ostatnio to połączenie dwóch smaków – rabarbaru z czarną porzeczką:

Ostatnio raczę się lodami z fabryk lodów tradycyjnych. Lody są w nich takie pyszne i człowiek wie, że to, co je, to naprawdę porzeczki czy jagody. Co prawda kulka, a raczej porządna kula kosztuje 4 zł, są warte swojej ceny. Chyba jutro w ramach zbliżającej się majówki znowu się tam wybiorę! :)

A Wy gdzie mieszkacie lub mieszkaliście/planujecie mieszkać na studiach? Jak było? :)