Jak zwiedzić Berlin bez przewodnika?

Gdyby już teraz ktoś chciał zapytać, czy w ogóle da się zwiedzić Berlin samemu lub w dwie osoby bez żadnego przewodnika w dwa dni, od razu mówię, że da się i to ze wspaniałym efektem. Rok temu byłam w Berlinie tylko na jeden dzień, na dodatek tylko w celach typowo zakupowych i autem. Teraz, znowu w ferie, zapragnęłam z wizyty w Berlinie wynieść nieco więcej niż tylko zadowolenie z przecen na zakupach. Trafiłam na prawdziwą wiosnę i już wiem, że na wakacje wrócę do Berlina, tym razem, żeby tam pracować. Jestem Berlinem zauroczona.

 

Na pomysł podróży do Berlina wpadłam jakieś trzy tygodnie przed wyjazdem. Jestem zarejestrowana na couchsurfingu, stronie, dzięki której można zaoferować darmowy nocleg i znaleźć użytkowników oferujących nocleg za free. Noclegu zaczęłam szukać tydzień przed wyjazdem, dość późno, zważywszy na fakt, że w czasie mojej podróży w Berlinie rozpoczynał się festiwal Berlinale. W mieście nie dało się przejść bez wiedzy o nim. Prośby o nocleg, requesty couchsurfingowe wysłałam do dwudziestu osób. Na szczęście istnieje tam weryfikacja, a użytkownikom wystawiane są referencje. Pytania wysyłałam do dziewczyn albo młodych rodzin. Oprócz tego zamieściłam ogłoszenie, ogólnodostępne. I tak odezwała się do mnie para, on Niemiec, ona Polka. Z czasem dostałam też zaproszenia od trzech kolejnych użytkowników, płci męskiej, którym podziękowałam. Do Berlina wybrałam się z koleżanką Niemką, która była już w nim trzy razy, więc sztuką byłoby się zgubić z Niemką w Berlinie.

Z transportem był problem, duży problem. Mieszkam blisko granicy, więc najpierw sprawdziłam połączenia niemieckimi pociągami. W 2 godziny mogłabym być w Berlinie. Niestety za bilet w jedną stronę musiałabym zapłacić 34 Euro, co było stanowczo za drogą opcją. Na szczęście coraz popularniejsze w Polsce są busy, które kursują dwa razy w ciągu doby w dwie strony. Połączenie z Wrocławia zostało dopiero otwarte, kiedy się o tym dowiedziałam, miałam już bilet, z Poznania. Do Poznania jechałam pociągiem z Zielonej Góry (koszt: 25 zł), a droga z Poznania do Berlina w obie strony to koszt 126 zł. Jak dla mnie ta cena była w porządku, choć wiem, że gdybym wcześniej się za to zabrała, mogłabym trafić na połączenia, które kosztują 40 złotych w jedną stronę. No cóż, może byli inni szczęśliwcy, którzy podróżowali za tak niską cenę.

Po Berlinie przemieszczałam się S-Bahnem (tramwaj), U-Bahnem (metro) i autobusami (linia M100, która przemieszcza się wzdłuż większości zabytków, szczerze polecam, szczególnie, kiedy jest się zmęczonym ponad pięciogodzinnymi zakupami w Primarku, ma sporo czasu, zero planów i podróżuje się z dwiema torbami pełnymi ciuchów).

Z Poznania wyjeżdżałam o 3:15. Ciężko było znaleźć adres, szczególnie że wskazywał nam stary dworzec, a wyjazd odbywał się z nowego. Wsiadłam do busa pełnego Ukraińców, Rosjan i Litwinów. Na szczęście jakaś miła Polka pokazała mi, jak mam szukać swojego miejsca, co też nie należało do łatwych zadań. Numerki znajdowały się nad siedzeniami, ale ciężko je było zobaczyć. Kiedy znalazłam swoje miejsce, okazało się, że jest zajęte. I teraz dowód na to, że działanie zgodnie z prawem nie zawsze się opłaca. Na moim miejscu siedział jakiś obcokrajowiec, śniada cera wskazywała na to, że nie był on ani Polakiem, ani Ukraińcem, ani Rosjaninem. Zrozumiał chyba po moim wyrazie twarzy, że siedzi na moim miejscu, więc wstał i poszedł zająć jakieś inne, być może znowu zarezerwowane dla kogoś innego miejsce. A ja zostałam z moim numerkiem, obok jakiegoś byczego pana.

Naprawdę. Zajmował 2/3 mojego miejsca i jeszcze swoje, przeciskał się do toalety dwa razy i śmierdział. Nie polecam. Byłam załamana. Już miałam ochotę zadzwonić do mamy i powiedzieć, że wysiadam. No ale zajęłam się tabletem i oglądaniem przygód Forresta Gumpa, przecież za bardzo lubię cytat o tym, że życie jest jak pudełko czekoladek…

W Berlinie byłam o 7:15, a moja koleżanka miała przyjechać z Drezna o 10:40. Miałam stanowczo za dużo czasu. Do ósmej czytałam książkę na poczekalni ZOB (Zentraler Omnibusbahnhof Berlin). Potem postanowiłam poszukać Bahnhofu ICC. Trafiłam do Internationale Congress Centrum, gdzie spytałam ochroniarza o drogę. Pierwszy raz w Berlinie mogłam wykorzystać niemiecki i udało się. Wystarczyło przejść przez drogę. Potem kupiłam Tageskarte, czyli bilet na strefę AB za 6,70 Euro. Jest on ważny do 3:00 kolejnego dnia i dzięki niemu możemy czym tylko chcemy poruszać się po Berlinie. Bardzo wygodne. Szybko znalazłam też swoją linię, najpierw chciałam znaleźć dworzec Suedkreuz, gdzie pod McDonald’sem miałam spotkać się z koleżanką. Znalazłam fast food, a potem wybrałam się do das SSC (Das Schloss-Straßen-Center), gdzie znajduje się Primark i DM. O 9 byłam już pod galerią i mogłam poprzymierzać rzeczy, które miałam zamiar kupić kolejnego dnia. W Primarku byłam przez 1,5 godziny, potem wróciłam do Suedkreuzu. Mojej koleżanki nie było, okazało się, że czeka na mnie koło Burger Kinga. Było to niemożliwe, bo koło mnie był tylko McDonald’s. Okazało się, że ja byłam na dworcu/stacji S-Bahnu, a ona autobusowym. Szybko udało nam się znaleźć, w skrytce, a raczej Schließfachu za 5 Euro zostawiłyśmy bagaże na cały dzień) i rozpoczęłyśmy zwiedzanie.

W drodze do Reichstagu w parku urzędowała trupa z bańkami mydlanymi. Świetne widoki, a potem miły pan podszedł i zapytał, czy chciałabym spróbować. Oczywiście, że chciałam, świetna zabawa, no i to trochę co innego, niż puszczanie baniek, jak miało się pięć lat:

Reichstag z napisem: „Dem deutschen Volke” („Narodowi niemieckiemu”) wygląda tak:

Choć nie jestem fanką książki „Cierpienia młodego Wertera”, chciałam zobaczyć jego pomnik:

Pomnik Pomordowanych Żydów Europy to miejsce smutne, szare i skłaniające do refleksji. Przy okazji łatwo ukazuje człowiekowi swoją małość:

Jeśli chodzi o Bramę Brandenburską, to naprawdę spodziewałam się tam wszystkiego, ale nie Myszki Miki:

Wszędzie roiło się od pamiątek. Dla mnie jako dla gadżeciary ciężko było przejść koło nich obojętnie, ale z czasem się uodporniałam na kolejne stoisko, w którym były podobne rzeczy:

Wszędzie sporo było niedźwiedzi, które przecież kojarzą się z Berlinem:

Trafiłam też do sklepu Nivea, w którym mogłabym zostać dłużej:

Totalnie begaistert, czyli zachwycona byłam Ampelmännchen (czyli człowieczkami ze świateł). W sklepie z gadżetami spędziłyśmy dobre pół godziny:

Berliner Dom jest olbrzymi i piękny, numer jeden, jak dla mnie, jeśli chodzi o Berlin:

Po drodze trafiłyśmy do sklepu, którego nazwy nie pamiętam i przy najbliższej okazji spytam o to koleżankę. To jakiś popularny sklep w Niemczech, z dodatkami. Chciałam kupić sobie łyżkę za 8 Euro, ale potem uświadomiłam sobie, że miałam trochę spasować z gadżetami. Za to w tym sklepie mogłabym zamieszkać. Może ktoś z Was kojarzy, o jaki sklep chodzi?

 

Na wizytę wieży telewizyjnej, czyli Fernsehsutm było mi szczerze mówiąc szkoda pieniędzy. 12, 5 Euro to cena nie za niska, nie za wysoka, jednak szkoda nam było czasu. Szczególnie, że to nie Wieża Eiffla, a Berlin nie jest dla mnie tak magiczny jak Paryż, choć to w Berlinie chciałabym mieszkać, a nie Paryżu.

 

 

 

 

East Side Gallery to miejsce, które trzeba zobaczyć. Przeszłyśmy wzdłuż pozostałości po murze berlińskim. Grafika świetna:

 Naprzeciwko East Side Gallery znajduje się budynek O2, gdzie najczęściej odbywają się koncerty sław. Mam nadzieję, że stanę jeszcze tam kiedyś w środku, na jakimś koncercie Arctic Monkeys:

Choć słońce świeciło, było zimno. Dlatego kawa była pita trzy razy dziennie w różnych miejscach:

I właśnie poniekąd przez to zamiłowanie kawą byłam bardzo blisko od stracenia wszystkiego. „Wszystko” czyli aparat, pieniądze, dowód, bilet powrotny do Poznania i bilet po Berlinie.

„Masakra!” – jednym słowem. Drugiego dnia byłam już zmęczona zakupami i wychodząc z kawiarni, zapomniałam o torebce z tym „wszystkim”. Na szczęście Niemcy są lepiej zorganizowani. Wiem, że generalizuję, ale w moim przypadku się to sprawdziło i to niemiecka koleżanka mi o tym uświadomiła. Dzięki niej nie straciłam tych najważniejszych rzeczy.

Okolice Sony Center są pięknie oświetlone. Przypadkiem natrafiłyśmy na manifestację przeciwko homofobii. A jeśli chodzi o Berlinale, to na telebimach w S-Bahnie widziałam kilka informacji o gwiazdach, które lądowały po kolei na lotnisku. Szkoda, że Matt Damon był przeze mnie widziany jedynie na ekranie:

A jeśli chodzi o dziwne rzeczy, to bardzo zdziwił mnie kebab. „Chicken und Gemuse” czyli połączenie, z którego wynikały ziemniaki w środku i ser na wierzchu! Koniec świata, ale nie był najgorszy:

I już tak na koniec widok szczęśliwej mnie. Poszłam w Berlinie z torbami, w dosłownym i przenośnym znaczeniu. No, ale jeśli mowa o torbach i zakupach, to już chyba czas pasować, bo jak się rozpiszę…

Nie da się nie zauważyć, że piszę rzadko. Nie, nie porzuciłam bloga. Zbyt mocno lubię pisać. Wszystkiemu winna jest matura, która coraz bliżej. A co gorsza z dnia na dzień, choć uczę się więcej, mam wrażenie, że umiem mniej. Więc regularne posty i ich dużą ilość mogę Wam obiecać już po maturze. Mam nadzieję, że rozumiecie ;)

Pozdrowienia, no i napiszcie, co myślicie o Berlinie?

22 Komentarze

  1. Witaj, nominowałam Twój blog do Liebster Blog Award. Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” : ) Po więcej szczegółów zapraszam serdecznie do siebie.

  2. Berlin świetna sprawa….dla osób, które chcą coś zobaczyć, pozwiedzać, zachęcam do wstapienia na maly odpoczynek na TROPICAN ISLAND…:)

  3. Twój tekst przywołał mi wspomnienia ze zwiedzania tego pięknego miasta. A jeśli mowa o zaskakujących rzeczach pod Bramą Brandenburskiej, to były tam kolorowe rzeźby krów i traktory (odbywał się strajk niemieckich rolników)

  4. bywałem troche przed zjednoczeniem. Niesamowite byłe przejscie z surowej szarej wschodniej do barwnej cześci czyli Berlina Zachodniego.Młode pokolenie chyba nie zrozumie …

  5. Oh uwielbiam Twoje wycieczki, piszesz z taką pasją, że całe życie mogłabym czytać o tym Berlinie. Mnie od zawsze bardziej kręci Francja, choć Paryż niekoniecznie. Matura już niedługo, życzę nam powodzenia ;)

  6. Nigdy nie przepadałam za naszymi zachodnimi sąsiadami. :D Niedawno byłam w Czechach i chyba byłam bardziej zachwycona. :D
    Poza tym, kojarzę cię sprzed kilku lat! :) Nie pamiętam jakiego bloga miałam akurat, gdy cię podglądałam notorycznie, ale wymieniałyśmy się komentarzami. :D
    Pozdrawiam i życzę dalszej przyjemności z pisania! :)

  7. podobał mi się Berlin,ale bez szału. jest wiele ładniejszych miast w Europie,też całkiem bliskich – Praga,Drezno,Wiedeń. aczkolwiek w jednym się w 100% zgadzam – też bardzo lubię naszych zachodnich sąsiadów :D

    a jak matura? bo nie pisałaś nic chyba? czekam na pozytywne wieści i ciekawa jestem,jakie są Twoje dalsze plany?

  8. Wybieram się na weekend do Berlina. Niestety będę mieć tylko niedzielę na zwiedzanie, więc życz mi powodzenia :)
    Między innymi na podstawie twojej notki robię plan zwiedzania, więc dzięki wielkie.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.