Do zakochania jeden krok – od jednego filmu do miłości muzycznej, czyli ja i indie rock

 

Moja przygoda z indie rockiem rozpoczęła się w 2009 roku, w październiku. Miałam wtedy 14 lat i myślę, że wtedy moją ulubioną rodzimą wokalistką była zdecydowanie Monika Brodka, a słuchałam Tokio Hotel, Justina Timberlake’a, IRY. Nie będę zaprzeczać, że oglądałam kanałów takich jak Disney Channel, a jako budzik miałam naczelną wtedy piosenkę Jonas Brothers „Burnin’ Up”. Wiele osób wstydzi się młodzieńczych fascynacji, jednak ja nie żałuję tego, że kiedyś lubiłam takie piosenki. Na pewno nie jest to żaden wstyd, nie słuchałam piosenek disco polo, jak większość moich rówieśników. Niestety pamiętam, jakie „przeboje” zawsze leciały na gimnazjalnych i podstawówkowych zabawach jak Andrzejki czy zwykłe dyskoteki.

 

Wróćmy do roku 2009. Natknęłam się wtedy na film „Angus, stringi i przytulanki”, który nakręcony został na podstawie mojej ulubionej relaksująco-ogłupiającej książki dla nastolatek o tym samym tytule. Film i piosenki z soundtracku spodobał mi się na tyle, że ja i moja koleżanka miałyśmy nawet zwyczaj oglądać go w bardzo regularnych odstępach czasu. W soundtracku znalazła się wtedy piosenka Lily Allen, a raczej jej cover „Naive” The Kooks. I tak wielokrotnie na youtubie słuchałam Allenki, aż któregoś dnia postanowiłam kliknąć w jeden z proponowanych utworów, oryginał The Kooks. I wtedy na dobre rozpoczęła się przygoda z muzyką, którą kocham.

The Kooks bardzo szybko przypadło mi do gustu i dziś znam już każdą piosenkę. Na Coke Live Music Festival udało mi się pojechać dwa lata temu i do dziś chce mi się skakać, jak odsłuchuję sobie utworów nagranych w Krakowie z moją chrypą. Niestety kolejny raz poszłam na jakiś koncert z obolałym gardłem.

Jest rok 2011. Jestem na Coke’u, czekając na Kooksów przyszło mi pójść na koncert White Lies. Nie znałam tego zespołu, co prawda w domu przesłuchałam kilku piosenek, jednak nie dla nich tam jechałam, a po to, żeby na żywo usłyszeć Kooksiaków. Jednak gdy tylko White Liesi zagrali pierwszą piosenkę, a ja na scenie zobaczyłam uśmiech Harrego, który tak życzliwie na nas patrzył (oczywiście mogłabym napisać: na mnie patrzył, bo pewnie tak czuła się wtedy każda festiwalowiczka). I tak White Lies na stale zagościło w moich playlistach. Zobaczcie, jak wyglądał wtedy Harry. Ach, ta koszula i ten uśmiech!

 

Arctic Monkeys pojawiło się tak zupełnie naturalnie, gdzieś, kiedyś, jako zespół podobny do The Kooks, chociaż nie wiem, kto wtedy wpadł na pomysł, by stwierdzić, ze są do siebie podobne.

Czwarty zespół to The Pigeon Detectives, poznałam go też dzięki „Angusowi”. To straszna dziecinada, ale mój gust muzyczny zawdzięczam jednemu filmowi dla nastolatek. Na koncert Pigeonów udało mi się pójść i to za darmo! Wygrałam jeden z konkursów i wygrałam dwie wejściówki na koncert w Poznaniu w tamtym roku. Dzięki niemu udało mi się spotkać dwie wspaniałe osoby, również fanów takiej muzyki jak ja. Oprócz tego mogłam porozmawiać z zespołem, zrobić sobie zdjęcie z Mattem:

Patrząc na to zdjęcie, nucę sobie „Take her back” i polecam. Oczywiście próbowałam wstawić tu filmik, ale niestety nie udało mi się tego zrobić,

 

 

Trochę dzisiaj żałuję, że „Angusa” nie obejrzałam trochę wcześniej. „Trochę”, czyli tyle, by zdążyć na Openera w 2009 roku, chociaż moje szanse, by tam dotrzeć, mając nieskończone 14 lat oceniam na 30%.

Jeśli chodzi o teksty tych czterech zespołów, królem metafor i głębi tekstu jest White Lies. Potem Arctic Monkeys, a na końcu Pigeon Detectives i The Kooks. Niestety, chociaż może to i dobrze? Tak mogę dobrać muzykę do nastroju od „there’s no place like home” White Lies do „paper dreams, honey” The Kooks. A jak było z Wami? Od czego zaczęła się Wasza przygoda muzyczna i czy słuchacie muzyki, czy gatunku?

Póki co zaczynam pisać post o EOSach. Przed chwilą przeżyłam chwilę grozy. Pisząc ten post, sączyłam sobie sok malinowy i nagle… Wylałam go, na szczęście na podłogę, chociaż trochę soku znalazło się tuż obok laptopa. Gdybym zalała laptopa, mogłabym mieć spore problemy, szczególnie że już raz rozlałam herbatę na klawiaturę i nie obyło się bez wymiany klawiatury.

Jak dobrze, że słońce wychodzi zza chmur. W takim układzie najpierw wezmę na spacer psa, a potem zajmę się EOSami. Do następnego! :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.